Historia jednego obrazu

Maluję.
Zaczynam palcami, by wejść w to każdym receptorem.
Zbyt dużo złota, zbyt mało turkusu, zbyt dużo turkusu. Wiecznie za dużo, stale za mało, albo odwrotnie. Obraz duży, ciężko mobilnie. Kręcę, przestawiam, chodzę wkoło. Morze wypitych kaw.
Znam osobę, dla której maluję, tym bardziej sprawia mi trudność cały proces twórczy. Z całą świadomością znaczenia i ciężkości słowa „trudność”. Potrzebuję lekkości i wolności w ruchach, głowie, myślach, całokształcie.
Ma być perfekt. Doskonały taniec subtelności, idealnego dopasowania barw i wyjątkowego charakteru tego. Czy ja to mam w sobie, żeby mogło to wyjść ze mnie? Czy może muszę przełączać guziczki i wskakiwać w inny świat świadomości, kreacji, trochę teatru?
Warstwa za warstwą nakładam, przyciemniam, rozjaśniam, czuję napięcie gdy jedna warstwa jeszcze nie zaschnęła a już pilnie potrzeba nałożyć drugą. Niecierpliwie.
Chodzę w pytaniu: o co tu chodzi? (czasem dodaję „do cholery”).
I mam… intencjami, z którymi obraz miał powstać były wolność, kreacja, wiedza.
Czy zdobywanie wiedzy nie tak się właśnie odbywa? Warstwa po warstwie narasta. Coś się wyciera, coś domalowuje. W moim doświadczeniu to zawsze był trud. Bez lekkości, wolności, radości z kreacji. Często bezradność i niecierpliwość, że wiedza nie chce wejść do głowy i te cudne momenty, kiedy poczułam, że wiedza się we mnie ugruntowała. Że obraz gotowy. Wolność, kreacja, wiedza.
Wczoraj zwierzyłam się, że mam wrażenie, że od jakiego dłuższego czasu nie nauczyłam się niczego nowego. W moim rozumieniu z nowych książek, że nie zrobiłam nowych kursów. A ona zapytała czy przypadkiem nie jest zupełnie odwrotnie? Jest.
Dawno się tak dużo o sobie nie nauczyłam.
Jeszcze chwila a dopełni się, obraz będzie kompletny.
I zanim dotrze na miejsce, do osoby, która nie chciała go widzieć wcześniej na zdjęciach, bo ufa, już to wiem – nauczę się znów dużo o sobie!

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry